poniedziałek, 22 października 2012

"Do przerwy O:1" Adama Bahdaja

Małopolski konkurs kuratoryjny - polonistyczny 2012
Książka nie tylko do konkursy, nie tylko taka jakby lektura, jest to książka, która z pewnością zainspiruje każdego chłopca lubiącego piłkę nożną, a z moich obserwacji dziewczyny też.
Książka pełna jest humoru i opisuje chłopców w wieku 12-14lat. Warto przeczytać
                P  o  L  e  C  a  M                    

1. Piłka
Chłopcy przygotowują się właśnie do rozegrania meczu z drużyną z sąsiedniej ulicy. Nie stać ich na kupienie kostiumów sportowych czy odpowiedniego obuwia. Ale największy problem stanowi piłka, która już zupełnie się rozlatuje. Paragon zobowiązuje się wobec kolegów zdobyć nową. Legalnie, choć może niezupełnie.

2. Ratuj paragon
Mecz pomiędzy dwiema "dzikimi" drużynami budzi szalone emocje, wśród graczy i widzów. Kibice gotowi są założyć się o wszystko, że ich pupile będą górą. Chłopcy z drużyny Paragona, mniej rośli i słabsi fizycznie, muszą przyznać, że przeciwnicy "włupili im legalnie" pierwszego gola. Wynik do przerwy 0 : 1. Teraz wszyscy gracze z "Syrenki" liczą na piłkarskie umiejętności Paragona.

3. Kłopoty z kasą
Chłopcy kontynuują przygotowania do turnieju drużyn podwórkowych. Paragon znowu ma kłopoty. Chłopak musi w kilka godzin zdobyć trzysta złotych, żeby uratować swój honor skarbnika. A zgromadzenie takiej kwoty jest zadaniem niezmiernie trudnym. Tymczasem konkurencyjna drużyna potrzebuje lewego skrzydłowego. Paragon waha się, czy zdradzić kolegów i zagrać z "obcymi". Zdesperowanemu chłopakowi przybywa jeszcze jeden poważny problem - jego mama ulega wypadkowi.

4. Ucieczka
Mama Paragona przebywa w szpitalu. Chłopiec martwi się o nią, ciągle dręczy go też sprawa nie uregulowanego długu. Chcąc zwrócić pieniądze kolegów, podpisał zobowiązanie udziału w turnieju w obcej drużynie. Czuje jednak, że nie jest w porządku wobec przyjaciół. Włócząc się po mieście spotyka kolegę, z którym postanawia uciec na Jamajkę. Gromadzą fundusze na wyprawę, sprzedając butelki. Wreszcie mogą ruszać w świat. Niestety, zostają schwytani przez patrol rzeczny niedaleko Warszawy. Paragonem ma zająć się tymczasowo kurator, którym zostaje pan Wacek.

5. Uwaga, detektyw
Paragon mieszka u swego kuratora, pana Wacka, pracuje w warsztacie samochodowym. Przypadkiem jest świadkiem rozmowy, z której wynika, że odwiedzający zakład mężczyźni są zamieszani w działalność przestępczą. Chłopak postanawia zabawić się w detektywa i wytropić przestępców.

6. Gorycz zwycięstwa
Paragon zostaje złapany przez złodziei skór i zamknięty w komórce. Tymczasem w Warszawie rozpoczyna się mecz piłkarski jego drużyny. Chłopcu udaje się uciec i w ostatniej chwili przybyć na boisko.

7. Pożegnanie z wakacjami
Kolejna ucieczka Paragona przed złodziejami skór kończy się dla niego tragicznie. Chłopak spada z rusztowania i trafia do szpitala. W tym czasie rozpoczyna się mecz finałowy turnieju o "Złotą piłkę".

sobota, 20 października 2012

O Wandzie Rutkiewicz



Urodziła się na Litwie w miejscowości Płungiany. Po II wojnie światowej z rodzicami i rodzeństwem (miała dwóch braci – Jurka i Michała oraz siostrę Ninę) przyjechała do Łańcuta, a potem do Wrocławia. Maturę zdała w II Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu, studiowała na Politechnice Wrocławskiej, z dyplomem inżyniera-elektronika pracowała w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych. Później przeniosła się do Warszawy, podjęła pracę w Instytucie Maszyn Matematycznych. Jeszcze w czasach licealnych zapowiadała się na świetną siatkarkę, grała w I lidze (nawet kandydowała do gry w reprezentacji Polski).
Pierwsze kontakty ze wspinaniem miała w Rudawach Janowickich, na skałkach koło Janowic Wielkich, w pobliżu Jeleniej Góry. W 1962 roku ukończyła kurs taternicki na Hali Gąsienicowej w Tatrach. W Tatrach wspinała się na wielu klasycznych i bardzo trudnych drogach (lata 60.), m.in. północną ścianą Małego Kieżmarskiego Szczytu czy wariantem "R" na Mnichu (1964). Poprowadziła kilka nowych dróg, m.in. na Koprowym Wierchu.
Po Tatrach były Alpy (od 1964), Pamir, Hindukusz i Himalaje. Należała do Klubu Wysokogórskiego we Wrocławiu, a po 1973 roku do Klubu Wysokogórskiego w Warszawie.
Osiągnięcia Wandy Rutkiewicz stawiają ją w gronie najlepszych himalaistek w historii. O swoich wyprawach i płynących stąd przemyśleniach często pisała w czasopismach o tematyce alpinistycznej. Była zdecydowaną rzeczniczką i zdeterminowaną realizatorką wspinaczkowej samodzielności kobiet. Była też autorką lub współautorką kilku książek.
Zaginęła w 1992 podczas ataku szczytowego na Kanczendzongę. Wraz z Carlosem Carsolio 12 maja o wpół do czwartej wyruszyli w górę z obozu IV na 7950 m. Po dwunastogodzinnej wspinaczce w głębokim śniegu Carsolio stanął na wierzchołku. Schodząc, napotkał Wandę na wysokości ponad 8200 metrów. Mimo braku sprzętu biwakowego zdecydowała się przeczekać noc i kontynuować wejście następnego dnia. Jej ciała nie odnaleziono[1]. W 1994 jako jedna z trzech pierwszych osób została odznaczona (pośmiertnie) Medalem im. Króla Alberta I, przyznawanym za wyjątkowe zasługi górskie przez King Albert Memorial Foundation.
Jeden z wrocławskich krasnali (grupa Alpinki) nosi imię Rutek na jej cześć.

Tekst pobrany z Wikipedii na cele strony : Materiał do konkursów


 

 


Czlowiek Lodu - Marek Kamiński

Małopolski konkurs kuratoryjny - polonistyczny 2012
W ciągu jednego roku dotarł na oba bieguny Ziemi. Dotąd nie udało się to nikomu.  Najpierw wiosną 1995 roku wraz z Wojtkiem Moskalem zdobył biegun północny, a w grudniu — południowy. Nie wspierany przez nikogo, samotnie, bez psów i sań motorowych, a nawet bez nadajnika radiowego.

Własnym ciałem ciągnął plastikową łódkę ze 120 kilogramowym ładunkiem przez prawie 1400 kilometrów lodowej przestrzeni. — Czułem ten kawałek świata wszystkimi zmysłami. Patrzyłem w niebo, ziemię, śnieg i chmury, czułem wiatr smagający po twarzy i lód pod stopami…

Trwającą 53 dni wyprawę rozpoczął na Wyspie Berknera na Morzu Weddella. Przypiął do nóg narty, na ramiona założył uprząż i po chrzęszczącej śnieżnej powłoce ruszył prosto w słońce. Wiatr się wzmagał, spychał sanie, palił policzki i usta, przenikał całe ciało. — Biegun wydawał się abstrakcyjnym celem, odległym punktem zagubionym w kosmosie — opowiada Marek. Kierunek marszu wyznaczała busola, słońce, chmury i cień. Każdy dzień miał ten sam rytm: rozbijanie i zwijanie namiotu, gotowanie, jedzenie, czytanie książek, naprawianie rzeczy.

— Lód pod nartami pękał z donośnym trzaskiem, ziemia się zapadała i wydawało się, że za chwilę wszystko runie — opisuje dwunasty dzień marszu, jeszcze na Wyspie Berknera. — Pogarszała się widoczność. Wokół rozpościerała się tylko jednolita biel mleka, pozbawiona jakichkolwiek szczegółów.

Dziennie pokonywał niemal 25 kilometrów. Na nogach pojawiły się pęcherze, palce u prawej stopy były odmrożone, a jeden nawet zaczął ropieć. Wargi boleśnie popękały i sączyła się z nich krew, coraz bardziej doskwierało zmęczenie i coraz częściej miał kłopoty z trawieniem. — Niekiedy, budząc się obolały, miałem pokusę, by choć jeden dzień odpocząć — nie chciał jednak zawieść tych wszystkich, którzy w niego uwierzyli. Maszerował więc twardo, póki starczało sił i jedzenia.

Najtrudniejszym dniem okazał się 13 grudnia. W nocy rozszalała się wichura, przy śniadaniu Kamiński głęboko przeciął palec, wydmy osiągnęły niemal dwa metry wysokości, a wieczorem zaciął się suwak od namiotu. — Zastrugi polarnej pustyni są zmorą polarników. Nie da się ich ominąć, na każdą trzeba się wspiąć, przeciągnąć sanie, a potem uważać, by zjeżdżając, nie zgruchotały goleni.

Ostatniego dnia marszu wstał wcześniej niż zwykle. Miał do pokonania 40 kilometrów. — Wsłuchiwałem się w wichurę, wpatrywałem w biel. To była ostatnia chwila przed powrotem do cywilizacji — wspomina, jak po piętnastu godzinach wędrówki z oddali wyłoniły się maszty i kopuła naukowej stacji amerykańskiej Amundsena–Scotta. Zatrzymał sanie, rozstawił namiot, a linkę zaczepił o słupek oznaczający oś Ziemi.

Wyprawa z Jasiem Melą

Marsz rozpoczęli 15 kwietnia 2004 roku, od dryfującej stacji „Borneo” dzieliło ich do bieguna 70 kilometrów. Towarzyszyła im flaga The Explorers Club o numerze 134. Na pokonanie drogi wyznaczyli sobie dziesięć dni. Po zamarzniętym Morzu Arktycznym każdy ciągnął sanie z prowiantem i niezbędnym wyposażeniem. Rytm dnia wyznaczała: wczesna pobudka, śniadanie, pakowanie rzeczy i kilkugodzinny marsz. A co dwie godziny przerwa na posiłek, gorącą herbatę, na chwilę wytchnienia.

Było bardzo trudno i niebezpiecznie. Po drodze napotkali mnóstwo bloków lodowych i szczelin z otwartą wodą. Nie było nawet stu metrów równego i płaskiego terenu. Niekiedy lód giął się, poruszał, trzeszczał… Nawet zwykły upadek mógł skończyć się tragicznie. Każdy dzień był wyzwaniem, walką o przetrwanie. Poważne problemy pojawiły się razem z silnym wiatrem, gdy dryf znosił ich w kierunku przeciwnym do bieguna. Pewnej nocy w ten sposób oddalili się o cztery kilometry od celu. Wyprawę utrudniały też niskie temperatury (minus 28° C) i zimne noce, z którymi poradzili sobie dzięki podwójnym warstwom odzieży. — Mieliśmy trzy niezależne pomysły na ogrzewanie protezy, a raczej miejsca, gdzie stykała się z ciałem — Marek zaznacza, że Jaś wrócił z wyprawy bez najmniejszego odmrożenia.

Z dziennika Jasia Meli

24 kwietnia 2004 roku, godz. 20.00

„Dziś według planu powinniśmy dojść do bieguna. Nad ranem nie było to jeszcze takie pewne, bo zostało nam do przejścia 9,5 kilometra. Po wczorajszym wyczynie, gdy przeszliśmy 13 kilometrów, nasze szanse są jednak dużo większe. Wspólnymi siłami damy radę. (…) Wybraliśmy się w drogę, teren bardzo nam sprzyjał. Wydawało się, jakby biegun zapraszał nas do siebie, jakby ustąpił w tej walce. Wiatr wiał w plecy, słońce bardzo nas oślepiało, na niebie nie było ani jednej chmury — było pięknie i w miarę ciepło. Po pierwszych dwóch godzinach przeszliśmy pięć kilometrów. Byliśmy prawie pewni, że dojdziemy. Teren był zupełnie płaski, co jakiś czas pojawiała się jakaś mniejsza szczelina.

Dokładnie o godzinie 16.16 polskiego czasu doszliśmy na biegun północny! Nie wygląda niezwykle, jest tylko trochę bardziej płasko niż wszędzie indziej. A biegun północny wypadł dziś na jednej małej zaspie, jakich jest miliony na biegunie, tu w Arktyce. Na początku zdziwienie, że tyle męczyliśmy się, narażaliśmy życie po to, aby dojść do takiej małej zaspy. Po chwili poczułem się dużo lepiej. Serce zaczęło mi spokojnie bić, wiedziałem, że już do niczego nie musimy się spieszyć”.

 

piątek, 19 października 2012

Złota Kaczka

 Małopolski konkurs kuratoryjny - polonistyczny 2012
I
Był sobie szewczyk warszawski. Nazywał się Lutek. Dobre było chłopczysko, wesołe, pracowite, ale biedne, jak ta mysz kościelna. Pracował ci on u majstra jednego, u majstra na Starem Mieście. Ale cóż? Majster, jak majster, grosz zbierał do grosza, z groszy ciułał talary i czerwonce, a u chłopaka bieda, aż piszczy.
Nibyto mu tam pożywienie dawał. Boże, zmiłuj się: wodzianka, kartofle — i tyle! I odział go, mówi się, ale ta przyodziewa spadała z Lutka, boć to stare łachy majstrowskie, co ledwo się kupy trzymały. Dość, że w takim sianie i pies by nie wytrzymał, a cóż dopiero człowiek! Gadają mu: Miej cierpliwość, mityguj się, będzie lepiej, poczekaj ino!
Co to lepiej! Kiedy? Rok za rokiem mija, lata lecą, a tu wciąż nędza i nędza.
Znudziło mu się. Uciec chce. Do wojska — powiada — pójdę, żołnierzem będę, może się ta nowy Napoljon gdzie zjawi, to, jak nic marszałkiem zostanę, jenerałem wielkim, mocarzem.
No nic! Cierpi jeszcze, czeka.
Aż ci tu kiedyś na wieczorynkę poszedł do czeladnika jednego, co się niedawno wyzwolił i wiodło mu się niezgorzej, bo grenadierskie buty szył, dla gwardii, dla panów oficerów. Wieczorynka aż milo! Jedzą, piją, gawędzą. Ni z tego, ni z owego, o bajkach „się zaczyna, o takich podaniach warszawskich
I mówi jeden stary szewc, kuternoga:
— Ho! ho! u nas w Warszawie i o pieniądz łatwo i o sławę, tylko trza mieć odwagę i rozum we łbie, jak się patrzy.
Zaciekawił się Lutek, pyta:
— Mówcie, co takiego?
— Ano nic — rzeknie kuternoga — na Ordynackiem, w podziemiach starego zamku, jest królewna taka, zaklęta w złotą kaczkę. Kto do niej trafi, kto ją przydybie — wygrał! Ona mu powie, jak skarby ogromne zdobyć, jak się stać możnym bogaczem, magnatem!
— I gdzie to, mówicie?
— Na Ordynackiem, w lochach starego zamczyska.
— A kiedy?
— W noc świętojańską.
Zapamiętał to sobie nasz Lutek, a do nocy świętojańskiej trzy dni trzeba czekać, nie więcej.

II

Wieczór spadł na gwarną Warszawę, gwiaździsty, ciepły, czerwcowy. Na ulicy ludzi, jak mrowia. Panienki takie śliczne spacerują, a przy nich kawaleria, młodzi panowie, a głównie — wojskowi.
Tu ułan drugiego pułku, biały z granatem, tu strzelec konny gwardii w mundurze zielonym z żółtym, tu piechota liniowa, tu artylerzysta; hej! ostrogi dźwięczą, szable brzęczą, kity migają, aż lubo patrzeć!
Idzie sobie nasz szewczyk Lutek Krakowskiem Przedmieściem, Nowym Światem, wszedł w Ordynacką, przeżegnał się: już blisko!
Spuszcza się Tamką, bo tam właśnie jest wnijście do lochów ordynackiego zamczyska, idzie, lezie, ale mu coś niesporo.
Nie to, żeby się bał: niech Bóg broni! nie lęka się on niczego; tylko tak jakoś, nie łacno mu, ze złym duchem może, wejść w komitywę.
Ano trudno! Raz się zdecydował: wejść trzeba!
Od Tamki, okienka nad ulicą dość nisko, szyb niema, ino kraty, ale taki chudzielec, jak wąż się przeciśnie.
Jazda! Wdrapał się po wystających cegłach do okna, raz, dwa, trzy! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! — Wlazł do wnętrza. Ciemno! zapalił świeczkę — idzie. Kurytarz długi, wąski, kręty, prowadzi niżej i niżej. Aż ci po kwadransie może takiej drogi wylazł szewczyk do piwnicy wielkiej, sklepionej, z jeziorkiem jakiemsiś pośrodku.
Przy mdłem światełku świeczki łojowej, którą trzymał w ręku, obaczyt Lutek owo jeziorko, — a na niem — Boże drogi! prawdę mówił szewc Kuternoga: złota kaczka pływa, piórkami szeleści.
— Taś, taś! kaczuchno!
I nagle — z kaczki czyni się przecudna dziewica: królewna. Włosy złote do ziemi, usta jak maliny, oczy jak gwiazdy, a buzia taka cudna, że — klękajcie narody!
— Czego chcesz ode mnie, chłopczyku?
— Jaśniewielmożna królewno — Lutek powiada, — nic ci ja nie chcę, ino zrobię to, co ty chcesz, abyś rozkazała.
— Dobrze — odpowie księżniczka — tedy ci powiem! Uzyskasz skarby, jakich nikt na świecie nie ma i mieć nie będzie, panem będziesz, bogaczem, jeśli spełnisz, co do joty, to, co ci powiem.
— Słucham, jaśniewielmożna!
— Oto masz kieskę, w niej sto dukatów; przez dzień jutrzejszy musisz je wydać, ale tylko na potrzeby własne, dla siebie samego; nic ci z tego złota dać nikomu nie wolno, ni grosza, ni grosza! Pamiętaj.
— Ha! ha! ha! — zaśmieje się Lutek — i cóż to trudnego? Będę jadł, będę pił, będę hulał! Wydam sto dukatów — a co potem?
— A potem, skarby niezmierne otworem stać ci będą, kopalnie złota prawdziwe, bogactwa niezmierzone; ale pamiętaj: ni grosza nikomu!
— Zgoda, królewno! daj kieskę!
Księżniczka kieskę Lutkowi wręczyła, zaśmiała się jakoś dziwnie — i znikła.
Strach przejął szewczyka. Ledwo się do okna dogramolił, wylazł na Tamkę i smyrgnął na Stare Miasto.

III

Nazajutrz dzień od rana samego puszcza się Lutek na miasto. Co tu robić najsampierw — myśli sobie — chyba się odziać, jak panicz.
No, dobrze! racja! Poszedł na Świętojerską, do sklepów z odzieżą, kupił sobie kapelusz, ubranie, paletot. Szyk! Prawdziwy hrabia!
Idzie, pogwizduje, laseczką macha, bo i laseczkę se sprawił, nie wie co robić dalej.
Nie taka to łatwa sprawa wydać sto dukatów!
Sto dukatów! dla siebie samego!
Ha! trza pomyśleć!
A że to była już jakaś dziesiąta godzina, jeść mu się kaducznie zachciało. Jeść i jeść. Młody, zdrowy, to i nic dziwnego, że głodny.
Wstąpił do gospody. Każe sobie dać kiełbasy, kiszki, piwa, bułek.
Je, je, aż mu się uszy trzęsą. Najadł się tak, że mu chyba na trzy dni wystarczy.
— Co się należy?
— Dwa złote.
— Dwa złote? Nie więcej?
— Dwa złote, paniczu, i przydałoby się z dziesięć groszy napiwku.
Wydajże tu sto dukatów, bądź mądry! Ano trudno! Trza jakości ten pieniądz wydać. Pomyślimy!
Sypie ci Lutek na wycieczkę za miasto. Pojechał końmi do Wilanowa. Bryczkę wynajął na poczcie, koni czwórka, pocztylion gra na trąbce. Uciecha.
Przyjechał. Dał dukata odźwiernemu przy parku. Chodzi po ogrodzie. Napatrzył się, południe już minęło. Pora powracać! I znów jest w Warszawie. Co zrobić? Gdzie wydać pieniądze, boć wydał niespełna pięć dukatów.
Spojrzał. Afisz na rogu: Teatr Narodowy. Niema co! Chodźmy do teatru.
W teatrze zabawił się setnie. Nie był w nim nigdy. Bo i skądże? Rzecz droga: miejsce dwa złote.
Wyśmiał się, ucieszył, wychodzi.
Późna już pora. Czasu do wydania pieniędzy niewiele, a Bóg świadkiem — nie wie Lutek, co z niemi zrobić? Idzie, rozmyśla. A gdy tak idzie, na rogu zaułka starzec stoi zgarbiony.
— Panie — powiada — drugi dzień mija, gdy nic w ustach nie miałem. Starym żołnierz, paniczu, pod Sommosierrą byłem, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, przy księciu Józefie pod Lipskiem — poratuj mnie!
Pojrzy Lutek na starca: inwalida bez ręki, a na piersiach błyszczą mu wstążeczki orderowe: Legia honorowa i Virtuti militari.
Sięgnął do kieszeni, wyciągnął garść złota, dał starcowi.
— Bóg—że ci zapłać, paniczu! Bóg ci zapłać! Będziesz szczęśliwy i bogaty!
Błysnęło! zagrzmiało!
Mignęła przed oczami Lutka księżniczka zaklęta.
— Nie dotrzymałeś obietnicy, nie dla siebie wydałeś pieniądze!
I znikła.
Rozejrzy się szewczyk: dziad stoi, jak stał poprzednio — i rzecze:
— Nie dukat, paniczu, daje szczęście, ino praca i zdrowie. Ten pieniądz wart coś, co zarobiony, a darmocha na złe idzie.
Powrócił Lutek do domu rad i wesół. Ocknął się rankiem bez grosza w kieszeni. Wydał na siebie z dziesięć dukatów, a resztę oddał starcowi, ale też od tego czasu wiodło mu się, jak nigdy. Wyzwolił się wrychle na czeladnika, niebawem majstrem został, ożenił się z panienką piękną i zacną, dzieci wychował — i żył długie lata w zdrowiu, w dostatku i w szczęściu.
A o złotej kaczce słuch zaginął. I dzięki Bogu! Bo zła to musiała być boginka, kiedy za warunek stawiała: sobie, nie komu!
Nie tak! nie tak myśleć i czuć po polsku trzeba! My rządzimy się inaczej: naprzód biednemu, potem sobie!
A wtedy każdej pracy Pan Bóg dopomoże.


Opracowanie:
  Warszawski szewczyk Lutek ,pomimo ciężkiej pracy,był bardzo biedny.Pewnego dnia usłyszał ,że w podziemiach zamku Ordynackiego w noc świętojańską ukazuje się zaklęta królewna rozdająca złoto.Szewc w noc świętojańską udał się do lochów.Na środku piwnicy znajdowało się jeziorko,a po nim pływała kaczka ze złotymi piórkami.Lutek powiedział kaczce że przychodzi na służbę.Kaczka dała mu 100 dukatów pod warunkiem że wyda je tylko na własne potrzeby i wróci następnego dnia .Szewczyk kupił sobie piękne ubranie,najadł się do syta,wybrał się na wycieczkę za miasto,do teatru jednak wydał tylko 10 dukatów.Szedł ulicą i rozmyślał jak przeznaczyć resztę pieniędzy.Wówczas zauważył starego żołnierza kalekę ,żebrzącego .Szewczyk rzucił mu resztę pieniędzy.W tym samym momencie pojawiła się złota kaczka-oznajmiając o niedotrzymaniu umowy.Od tamtej pory wiodło mu się lepiej.Został majstrem,ożenił się i żył szczęśliwie wiele lat 

Plan:
1.Biedny szewczyk Lutek.
2.Opowieść kuternogi.
3.Wyprawa do złotej kaczki.
4.Warunek złotej kaczki.
5.Sto dukatów do wydania.
6.Lutek idzie do miasta.
7.Nowe ubrania szewczyka.
8.Zaspokojenie głodu.
9.Lutek w teatrze.
10.Trudne wydawanie dukatów.
11.Spotkanie ubogiego starca.
12.Lutek dzieli się pieniędzmi.
13.Niedotrzymanie warunku przez Lutka.
14.Szczęśliwe życie Lutka.

Obraz - Sąd Parysa

Małopolski konkurs kuratoryjny - polonistyczny 2012
najpierw mamy obraz do opisu, fragmenty Sądu Parysa z mitologii Parandowskiego przytoczymy sobie trochę później, albo nigdy, się zobaczy jak to niektórzy mawiają  :) 

Więc na prawo widzimy obraz Sąd Parysa autorstwa P.P.Rubensa.

 A teraz opis obrazu:



Tematyka obrazu dotyczy wydarzenia mitycznego, w którym Parys rozstrzyga spór między Herą, Afrodytą i Ateną o to, która z nich jest najpiękniejsza.
Na pierwszym planie malarz uwiecznił Parysa, Hermesa oraz boginie.
Hermes - jako posłaniec bogów posiada Kaduceusz , skrzydlaty hełm jak i przyczepione do nóg skrzydła, w ręku trzyma złote jabłko. Peter Paul Rubens ukazał go jako wysokiego, półnagiego bo opasanego jedynie w czerwoną chustę młodzieńca.
Obok niego siedzi Parys i z podpartym podbródkiem bacznie obserwuje trzy piękności. Za Parysem stoi czarno- biały pies.
W centrum uwagi autor ukazał Herę, Afrodytę i Atenę. Atena znajduje się najbliżej Hermesa, jest naga jak reszta bogiń, owinięta tylko w zwiewny materiał. U jej stóp leżą tarcze.
Pośrodku widzimy Afrodytę, której aniołek umieszcza na głowie wieniec z kwiatów i z którego biją niewielkie promyki światła. Na prawym przedramieniu widać śliczną, złotą bransoletkę, zaś lewego boku trzyma się Eros. Chłopiec nosi na plecach kołczan ze strzałami. Z racji tego, iż Atena uważana jest za boginię mądrości, jej atrybut to sowa. Na obrazie zwierzę to można dostrzec pod czerwonym materiałem trzymanym w prawej ręce przez tę kobietę. Obok królowej mądrości malarz zobrazował Herę. Stoi ona bokiem do Parysa, a na głowie widzimy koronę. Po uważnym przyjrzeniu się, w prawym górnym rogu zaobserwować można pawia, który poświecony został Herze i który upamiętnia jej sługę Argosa.
W oddali widać pasące się barany oraz drzewa, pola, łąki i liczne lasy. Twórca obrazu użył barw ciemnych takich jak: czerń, brąz, granat i zieleń, jedynie ciała boskie mają barwę nieskazitelnie czysta i jasną, tak aby właśnie na nich skupić całą swoją uwagę.
Nastrój dzieła jest spokojny, a zarazem pełen napięcia, co widać na twarzach wszystkich postaci.
Szczerze mówiąc całkiem inaczej wyobrażałam sobie sąd Parysa. Według mnie, Peter Paul Rubens w mało wiarygodny sposób przedstawił konflikt między trzema pięknościami. Mimo tego, obraz urzekł mnie swoim bogactwem barw i kolorów oraz szeroko zawarta symboliką.

Henryk Arctowski - życiorys

Małopolski konkurs kuratoryjny - polonistyczny 2012

Życiorys


Arctowski urodził się w Warszawie w rodzinie Artztów, których przodkowie przybyli do Polski w XVII wieku z Wirtembergii. Naukę gimnazjalną podjął około 1881 roku w Inowrocławiu, lecz na skutek szykan ze strony Niemców zmuszony był przerwać naukę po trzech latach. Rodzice przenieśli go do belgijskiego Liège i tam ukończył szkołę średnią Athénee. W Liège rozpoczął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym w zakresie matematyki i fizyki (1888), by zdobyć wiedzę z zakresu astronomii, lecz po roku przeniósł się na studia do Paryża. W Paryżu podjął studia z zakresu geologii i chemii w tamtejszym Muzeum Przyrodniczym. Studia te kontynuował na Sorbonie, uczęszczał także na wykłady w Collège de France i w paryskiej Szkole Górniczej. W rezultacie zakres studiów objął chemię z geochemią, petrografią i mineralogią[3]. W 1893 roku rozpoczął pracę na Uniwersytecie w Liège pod kierunkiem profesora Walthera Springa. W tym samym roku dla podkreślenia swojej polskości, Henryk Artzt wystąpił do rządu belgijskiego o zgodę na zmianę swojego nazwiska na Arctowski[1]. W latach 1894–1896 Henryk Arctowski opublikował w Liège 20 artykułów w czasopismach naukowych: „Bulletin de l’Academie Royale de Belgique”, „Zeitschrift fur anorganische Chemie”. Zajmował się wówczas petrologią skał magmowych, a głównie warunkami termodynamicznymi minerałów skałotwórczych.


Antarktyda

W 1895 Arctowski poznał belgijskiego podróżnika, Adriena de Gerlache de Gomery'ego, przygotowującego wyprawę antarktyczną na statku Belgica. Arctowski podjął przygotowania do wyprawy. Kolejne dwa lata poświęcił na dodatkowe studia: geologiczne, oceanograficzne w Anglii, meteorologiczne w Anglii i w Belgii, oraz glacjologiczne w Szwajcarii. W celu praktycznego zaznajomienia się z metodami badań oceanograficznych odwiedził w Anglii G. Murraya i J. Buchanana – uczestników wyprawy antarktycznej w 1874 roku na statku „Challenger”. Korzystał również z konsultacji brytyjskich meteorologów, m.in. Williama Napier Shawa.
Przed wyruszeniem na wyprawę w 1897 roku zgłosił akces polskiego meteorologa Antoniego Dobrowolskiego. Podczas wyprawy Dobrowolski jako asystent Actowskiego prowadził obserwacje meteorologiczne. De Gerlache opisał wyprawę w swojej książce Piętnaście miesięcy na oceanie antarktycznym, której polskie wydanie w tłumaczeniu Zofii Nałkowskiej ukazało się w 1903 roku.
Po powrocie z wyprawy Arctowski w 1899 roku nie dostał porzuconej wcześniej posady na Uniwersytecie w Liège, więc podjął pracę w Observatoire Royal de Belgique w Ukkel w Belgii, gdzie poświęcił się opracowywaniu materiałów zebranych podczas wyprawy. Badania Arctowskiego obejmowały zagadnienia z zakresu geologii, glacjologii, meteorologii, oceanografii, optyki atmosfery oraz zjawiska zórz polarnych. Arctowski zredagował „Projekt międzynarodowych badań Antarktydy” i przestawił go na Kongresie Asocjacji Brytyjskiej do Popierania Nauk, który odbywał się w angielskim Dover we wrześniu 1899 roku. Około 1900 roku Arctowski poślubił w Londynie amerykańską śpiewaczkę Arian Jane Addy. W latach 1903–1909 kierował stacją meteorologiczną obserwatorium w belgijskim Ukkel. W 1907 projektował drugą belgijską wyprawę antarktyczną, ale wyprawa ta nie doszła do skutku. Kolejna ekspedycja na Antarktydę odbyła się dopiero w latach 1911–1912. Była wówczas kierowana przez Amundsena i Roberta Scotta.


Stany Zjednoczone

W 1909 roku Arctowski wyjechał do Stanów Zjednoczonych, by uczestniczyć w rozstrzyganiu sporu dotyczącego pierwszeństwa w dotarciu do bieguna północnego przez Fredericka Cooka i Roberta Peary. Arctowski pozostał w USA i zamieszkał w Nowym Jorku. Latem 1910 roku uczestniczył we francuskiej wyprawie na Spitsbergen i Lofoty na statku „Ile-de-France”, następnie przez kolejne osiem lat był dyrektorem działu przyrodniczego Nowojorskiej Biblioteki Publicznej i kontynuował prace badawcze nad zmianami klimatycznymi.

Polska

W 1912 roku Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie nadał Arctowskiemu godność doktora honoris causa. W Nowym Jorku Arctowski współpracował z „Komisją do Spraw Polski” (Komisja House'a). W 1918 roku opracował „Report on Poland, compiled for the use of the American Delegation to the Peace Conference” – raport składający się z kilkunastu części, omawiający kwestie dotyczące polskiej demografii, agrokultury, geologii i bogactw naturalnych, industrializacji, wyznań i języków. W latach 1919–1920 przebywał w Paryżu, gdzie udzielał pomocy polskiej delegacji. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Arctowski wrócił do ojczyzny. Od premiera Ignacego Paderewskiego otrzymał propozycję objęcia stanowska ministra oświaty (Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego), lecz jej nie przyjął. O Arctowskiego zabiegały wówczas dwa polskie uniwersytety: Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, oraz Uniwersytet Warszawski. Arctowski wybrał uniwersytet we Lwowie i wkrótce objął tam Katedrę Geofizyki i Meteorologii, która następnie przekształciła się w Instytut Geofizyki i Meteorologii. Kierował nim do 1939 roku. W tym czasie opublikował wraz ze swym zespołem ponad 130 prac naukowych. W latach 1921–1939 ukazało się 10 tomów „Komunikatów Instytutu Geofizyki i Meteorologii UJK” – wydawnictwa, którego Arctowski był redaktorem naczelnym. W 1935 został członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. W sierpniu 1939 jako prezydent Międzynarodowej Komisji Zmian Klimatu wyjechał na Kongres Międzynarodowej Unii Geodezyjno-Geofizycznej w Waszyngtonie. Wybuch II wojny światowej uniemożliwił mu powrót do Polski.


 Tekst pobrany z Wikipedii na cele strony : Materiał do konkursów




Joanna Kulmowa - Marzenia

 Małopolski konkurs kuratoryjny - polonistyczny 2012
Wiersz:
 Ja nie lubię chodzić do szkoły,
choć nic nie ma we mnie z lenia.
Ja nie lubię chodzić do szkoły
bo w tornistrze się nie mieszczą marzenia.
W szkole jest wielki porządek.
Nikt nie trzyma pod ławką marzeń.
Muszę zostawić je w domu
pod stołem
albo w jakiejś szparze.
A one przez ten czas rosną.
Odbywają samotne podróże.
I kiedy wracam ze szkoły
za dalekie są
i na mnie za duże.



Po przeczytaniu możesz zadać sobie te pięć pytań:
 1. Kto wypowiada słowa tego wiersza? Przeczytaj fragmenty, które świadczą, że nie może to być autorka utworu.
2. Czy jest to utwór rymowany? Jeśli tak, wypisz z niego wyrazy rymujące się i powiedz, czym różnią się te rymy od tych, które spotykasz najczęściej.
3. Czy to prawda, że "w tornistrze się nie mieszczą marzenia"? Jeśli tak - co zrobić, żeby było inaczej?
4. Czy w ogóle marzenia są do czegoś potrzebne? Może lżej byłoby ludziom, gdyby przestali marzyć?
5. Jak rozumiesz słowa:
A one przez ten czas rosną.
Odbywają samotne podróże.
I kiedy wracam ze szkoły
za dalekie są
i na mnie za duże.

Czy jest to możliwe? Jeśli nie, to czy można uznać ten fragment za pozbawiony sensu?


Jeżeli potrafisz na nie odpowiedzieć, to super !!! możesz nam napisać w komentarzach odpowiedzi to powiemy czy dobrze dopowiedziałeś !!!!!


A oto krótkie opracowanie: 
Podmiotem lirycznym jest uczeń. Marzenia są uosobione, odbywają samotne podróże daleko stąd, rosną cały czas. Ten uczeń nie lubi chodzić do szkoły, bo nie może ''zabrać'' do niej swoich marzeń, a gdy wraca są już dla niego troszkę za duże. Marzenia, które spełniają się dają dużo szczęścia i radości.

środa, 17 października 2012

Antoni Słonimski - Dzieciństwo

Małopolski konkurs kuratoryjny - polonistyczny 2012 
Wiersz:

Antoni Słomimski
Dzieciństwo

Gdy za myślą wzruszoną westchnienie ulata,
gdy sen klei zmęczone czytaniem powieki,
nad książką pożyczoną z miejskiej biblioteki,
ach, któż marzeń nie roił w swe młodzieńcze lata?

Noc,w domu cisza. Zegar gdzieś sennie kołata…
z książek pełnej mansarady, za lasy i rzeki,
podkowami dzwoniący w wędrówce dalekiej,
jedzie bohater, losy zmieniający świata.

Oto z mieczem naciera wzniesionym ku górze…
w kurzawie w skok pędzący,rozgoniony w walce,
bez zbroi,sam,w chlamidy rozwianej purpurze.

Serce w piersi zamiera,w oczach błyskawice…
przez chude, atramentem powalane palce
łzy spływają na książki pożółkłe stronice.   


A tu przygotowałem którtką interpretację tego wiersza :       Wiersz jest sonetem. został napisany 13 - zgloskowcem, z rymami żeńskimi, okalającymi i sąsiednimi. Autor wspomina swoje dzieciństwo, kiedy czytał wiele książek pożyczanych z miejskiej bliblioteki.

I inne przygotowane z pomocą strony internetowej mlektury.pl  :

W oczach jeźdźca można dostrzec błyskawice… Na tym kończy się marzenie i wyobraźnia czytelnika. Pozostawia obraz jeźdźca i wraca do rzeczywistości. Widzi swoje palce brudne od atramentu, a po z oczu ciekną mu łzy na kartki papieru. Być może to on jest lub chciałby być tym jeźdźcem? Kto wie…

 Widzimy teraz jeźdźca zmierzającego na jakąś górę. Jest w tumanie kurzu i ferworze walki w czerwonej rozwianej na wietrze szacie (chlamida – męska szata grecka do jazdy konnej).

 Wspomina dom, ciszę panującą w nocy i dzwoniący gdzieś zegar, jego dźwięk zapadł mu w pamięć. Jedno ze wspomnień dotyczy jeźdźca, którego sobie wyobrażał podczas czytania książki. Widział, jak z poddasza (mansarda) wyrusza on w daleką drogę, jedzie konno, aby zmieniać los świata. To romantyczny obraz jakiegoś ludzkiego działania, np. tworzenia poezji, literatury działającej na ludzką wyobraźnię (i zmieniającą ją).


 Poeta wspomina swoje dzieciństwo. Czytał wówczas wiele książek pożyczanych z biblioteki. Nie mógł też spać, bo nie chciał rozstawać się z nimi i marzeniami, jakie pojawiały się w związku z fabułą dzieł. Poeta uogólnia, że z pewnością wszyscy marzyli (marzą) o wielkim świecie, czytając książki.